Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chwile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chwile. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 września 2014

Minus jedno marzenie

Próbuję wrócić ponownie do blogowania, ale jakoś nie potrafię na razie. Próbuję poukładać sobie cokolwiek.

Spełniłam jedno ze swoich marzeń. Z moim podejście zakrawa się to o cud. Los chciał, że spotkałam człowieka, który popchnął mnie ku temu marzeniu. Gnała mnie chęć do pomocy. Miał podobne marzenie jak ja, ale się bał. Także się bałam. Jednak myśląc o tym, że komuś pomogę, dawałam jakoś radę. Wszyscy nam kładli kłody pod nogi. Swoją postawą zdeterminowałam osobę do brnięcia dalej, do marzenia. Kiedy nam się udało myślałam, że śnie. Aktualnie siedząc przed komputerem nadal myślę, że to sen.

Sprawa dotyczy przeprowadzki. Od dawna marzyłam o wyprowadzeniu się i udało się. Gdyby nie chłopak mojej siostry nie dałabym rady. Ciągle pewnie bym czekała na... na coś. Siedzę w nowym mieszkaniu i zaczynam powoli rozumieć żarty o biednych studentach. Decyzja o wyprowadzce pojawiła się we wrześniu. Decyzja taka mocna, bo ogólnie to już wcześniej była. Nie miałam wtedy pracy, w sumie nadal nie mam. Szukałam, jeździłam i w ogóle. Ciągle czekam, bo czekać każą. Tym razem czekam na szkolenie. Po tym szkoleniu powinnam dostać pracę i raczej tam się zatrzymam na dłużej. Ano właśnie, wyprowadziłam się a nie mam pracy. Moje oszczędności starczą na kaucje i pierwszy miesiąc. A potem? Potem będziemy się martwić. Lodówka prawie pusta. Prawie... bo jednak mam wspaniałą mamę, która o mnie dba, a także babcię, która mi podesłała jajka. Jedzenie oczywiście nam dają, więc nie jest źle. Kupujemy niewiele, ale bez przesady.

Czuję się jakoś dziwnie. Brakuje mi kota, rodzeństwa, cichego odgłosu telewizora, znanych kroków, świateł i mojego dawnego pokoju. Żyłam pod kloszem i brutalnie sama siebie wyrwałam z bezpiecznego domu. Nie żałuję wyprowadzki, po prostu tęsknię. Mieszkam niby w tym samym mieście, a mam tak daleko do nich :( Może uda mi się skupić na pisaniu pracy magisterskiej i w końcu ją wybronię? Kto to wie...

czwartek, 21 lutego 2013

Dlaczego mi pomogłaś?

To pytanie wywołało u mnie falę emocji: zaskoczenie, zdziwienie, wzruszenie, dumę, satysfakcję. I pewnie jeszcze wiele innych których teraz nie potrafię wymienić. Jedno pytanie postawiło mnie na nogi. To pytanie mi coś uświadomiło, co niby wiedziałam od dawna, ale podświadomość albo nie chciała tego dopuścić albo po prostu do niej nie docierało.
Odpowiedziałam bez zastanowienia: Bo taka już jestem. Lubię pomagać.
Zastanowienie i refleksja przyszły później. Moja podświadomość dopuściła ten fakt. Ja twierdziłam, że pomagam, lecz chyba tylko sobie to wmawiałam. Pytanie to pobudziło moje komórki mózgu do działania. Do przypomnienia sobie wszelkiej pomocy ode mnie. Pomogłam całkiem obcej sobie osobie. Pomogłam, bo czułam, że jest niesprawiedliwie traktowana. Pomogłam, bo taką miałam wewnętrzną potrzebę.
Oczywiście nie zawsze pomagam, czasami powstrzymuje mnie wstyd i nieśmiałość. Może tu w sieci jestem odważna i śmiała, ale w realu bywa to różnie. Muszę mieć dzień. Czasami mam ochotę po prostu płynąć między ludźmi jak duch, nie angażując się zbytnio, a niekiedy wręcz pragnę być aktywnym członkiem społeczeństwa. Przez ostatni rok miałam doła tak ogromnego, że zamknęłam się we własnej iluzji świata (tak, tak mój własny światek :>).
Jednak to jedno pytanie przysłało mi promienie słońca, oświetliło moje ponure myśli. Wszystko wygląda inaczej. Już nie muszę sobie na siłę wmawiać, że jest dobrze, jest dobrze. Czuję się świetnie. Jednym pytaniem obca osoba pomogła mi wyjść z depresji. Jedno pytanie rozjaśniło mój umysł i przywróciło uśpioną Mesmerę (optymistkę). Tęskniłam za taką sobą, tak bardzo tęskniłam.


A teraz co u mnie i dlaczego mnie nie było?
Obudziłam się z długiego snu. Zaczęłam pisać prace, więc spędzam mnóstwo czasu w czytelni. W domu nie potrafię się skupić, ale będę chyba musiała, bo część książek mam w domu. Przebrnęłam już przez sporawą ilość.
Straciłam serce do tego bloga, nie powiem, że ktoś mnie zniechęcił. No w sumie tak było. Ale ja jestem Królik. Wrócę jak odzyskam serce :). Królik czasami robi takie przerwy. Wrócę, przecież mam ciekawe pomysły na posty ;3

A właśnie to może napisze moje 2. Bo jak nie napiszę to ich nie zrobię w końcu.
1. Sugerując się wypowiedziami pewnej osoby o moim świadku postanowiłam stworzyć mapę świata (ale nie Wymiaru Śmietnik). Jak to będzie wyglądać zobaczycie sami. Podzielę ten temat na kilka postów :). Chodzi mi o świat mojego umysłu :D
2. Po zapytaniu co ja widzę w Poznaniu stwierdziłam, że zamieszczę tutaj wyjaśnienie dlaczego. Pokażę wam Poznań moim okiem. To będzie baaaardzo długi post, więc przygotujcie się psychicznie.

Tak, ale w najbliższym czasie moja obecność w strefie ulotnych chwil będzie minimalna. :)

czwartek, 31 stycznia 2013

Samotna popołudniówka

Opustoszała hala nabiera zupełnie innego znaczenia niż wtedy, kiedy jest pełna życia. Na co dzień jest to najgłośniejsze miejsce w całym zakładzie. Jak się wychodzi z pracy, czasami pozostaje jeszcze szum w uszach.
Wczoraj sama byłam na hali. Wszystkie maszyny wyłączone. Słyszałam każdy swój ruch odbity echem od ścian. To było niesamowite uczucie. Miałam świetną zabawę słuchając odgłosów moich kroków. Nawet oddech dołączył się do muzyki. Włączyłam komórkę i puściłam melodię, jak najciszej. Za dnia nie słyszałabym w ogóle mojej komórki. Echo powieliło cichy dźwięk. Nuty niosły się po hali wracając do mnie. Mogłabym puścić głośniej, jednak nie chciałam przerywać tej ciszy, która mnie otaczała. Na spokojnie wykonywałam swoje zadanie. Nikt nade mną nie stał, nikt mnie nie popędzał. Cztery godziny minęły w zastraszającym tempie. Pierwszy raz moja praca była przyjemna. Jestem tak zaskoczona tym faktem, że nadal nie mogę w to uwierzyć. 
Czy czułam się samotna? Nie. Mogłam na spokojnie zastanowić się nad kilkoma kwestiami i puścić wodzy wyobraźni. Samotność zadziałała na moją korzyść. Nie byłabym sobą, gdybym ciężko pracowała. Oczywiście trochę pościemniałam. A dziś szłam na rano. 3 godziny snu, tak wiem, żaden wyczyn, ale wykonuj przez 8 godzin pracę od której powieki się same zamykają. O 13.00 już nie mogłam. Na szczęście nie było brygadzisty :)

Ps. Taaak, nadal pracuje na produkcji XD

Ps2.  W pewnych kwestiach dałam sobie spokój. A więc moi drodzy rycerze, możecie się wypchać. Sama dzierżę miecz i nie potrzebuję litowania się nad sobą. Potrafię sobie poradzić bez waszej jakże marnej pomocy.

sobota, 15 grudnia 2012

Uszczelnianie w wykonaniu Królika

W oknie poszły uszczelki i mechanizm (czy jak to się tam zwie). Mechanizm sobie ładnie zamarzł uniemożliwiając przekręcenie klamki. Siostra próbowała to naprawić, ale niestety wyszło na gorsze. Okno jest otwarte, jedyne co mi się udało zdziałać to przymknąć je na tyle, żeby nie było otwartej japy. Niestety jest otwór kilkomilimetrowy, przez których wpływa do naszego pokoju zimne powietrze. No to dzwonię do rodziców, żeby ich poinformować o uszczelce. W końcu oni są właścicielami, powinni to jakoś rozwiązać. No i rozwiązali. Kazali nam uszczelnić to watą i starymi ręcznikami. Razem z siostrą powpychałyśmy watę w te małe otwory i obłożyłyśmy ręcznikami. Kot oczywiście co jakiś czas psuł naszą pracę. I tak to wygląda od kilku dni. Uszczelnienie ala Królik. nie polecam. Gdyby to był mój dom zadzwoniłabym po specjalistę lub coś. Ale nie mam się rządzić, więc wytrzymam jakoś z tymi ręcznikami. Jak to wygląda..sami oceńcie.

Tragedia, co nie?

wtorek, 21 sierpnia 2012

Spacer wśród wspomnień







Trudno mi opisać co czuję. Tęsknotę, ból i takie odczucie braku czegoś. Odwiedziłam miejsce do którego chodziłam kiedy rodzina była rodziną, a nie wrakiem rodziny. Kiedy jeszcze istniała między nami silna więź. Chodniki przesycone miłością rodziców do dzieci i dzieci do rodziców. Czując te miłość zapragnęłam przyjść tu z własnym dzieckiem, lecz niestety nie jest mi to dane. Za to podzieliłam moją radość z rodzeństwem i kuzynem, który obecnie jest u nas na wakacjach. To małe zoo, którego obejście zajmuje z 2 godziny. Nie więcej, no chyba, że się siedzi z dzieckiem na placu zabaw.
Wiele się zmieniło, ale pozostały też rzeczy stałe. Pomnik wilka z lat dzieciństwa ciągle stał w tym samym miejscu. Już nie wydawał się taki duży i sięgał poniżej pasa. Kuzyn nie omieszkał się skorzystać z okazji i usiadł na nim, tak jak ja kiedyś siadałam z rodzeństwem. Klatki lwów ziały pustkami, pozostało po nich wspomnienie takich dzieci jak ja. Młode pokolenie tego nie pamięta. W miejscu domu Kingi stał wybieg zwierząt, które można było dotknąć. Powstał park, pełny niegroźnych zwierząt. Przyjaznych dla ludzi. Tak wiele się zmieniło, ale czar małego zoo pozostał. Jest to zoo pełne zabawy, przyjaźni i małej ilości zakazów. Zwierzęta można dotykać. A w pawilonach poczuć się jakby się było w jakimś innym miejscu. Zapragnęłam przyjść z własnym dzieckiem i pewnie przyjdę. Będę odwiedzać to miejsce, bo można tu zastać spokój i ciszę.
Na filmiku papuga, która kocha aparat :D

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Pokonanie iluzji

Nic mnie nie powstrzymało i byłam na Woodstocku. Już od samego początku byłam podniecona i pełna nadziei. Wybrałam się we wtorek, dzień przed koncertami, tak żeby mieć miejsce na rozbicie namiotu. Na peronie już było mnóstwo ludzi i tak jak ja czekało na pociąg. Podczas czekania grał nam zespół z Łodzi, więc było wesoło. A ja zakolegowałam się z kolesiem, który czekał na ten sam pociąg co ja. W pociągu już było mnóstwo ludzi. Siedziałam na korytarzu, na tym między przedziałami. Nawet wygodnie było. Siedzieliśmy na własnych bagażach. Jechałam sama jak wiecie. Ale w pociągu poznałam osobnika który mnie zaprosił do swego grona. Kiedy ludzie się dowiedzieli, że sama jechałam, wszyscy mi gratulowali. Tego to ja się nie spodziewałam. Dołączyłam w ten sposób do ludzi z Gryfina. Mieli swoje miejsce w lesie i moja intuicja mnie nie zawiodła. Wyobraźcie sobie, że spałam w namiocie z facetem (bez skojarzeń). Nie było miejsca na mój namiot, niestety. Ale nie było źle. Ja spałam po jednej stronie, a on po drugiej.
Przez cały woodstock nauczyłam się sporo rzeczy.
Przez pierwszy dzień myślałam, że jestem takim samotnym podróżnikiem. Co prawda dołączyłam się do grona, ale wszędzie sama chodziłam. Sama zwiedzałam i sama się bawiłam. Czułam się doskonale. Do tej pory często podróżowałam samotnie w pociągu i docierałam do celu. Przykładem jest Szczecin, który zwiedzałam sama z początku. Myślałam, że taki mam charakter samotnej podróżniczki i że nie potrzebuje nikogo do dobrej zabawy. Drugiego dnia pozbyłam się tego przekonania. Strasznie mi brakowało towarzystwa. Ale tego mojego towarzystwa, nie nowo poznanego. Brakowało mi znajomego z którym mogłabym się wygłupiać. Sama dobrze się bawiłam, ale były chwile, kiedy po prostu chciało mi się płakać. Tęskniłam strasznie. Tak, dlatego nie nadaje się na samotną podróżniczke.
Woodstock jest wspaniałym miejscem. Pełno uśmiechniętych ludzi, można prawie z każdym się dogadać, bawić i wariować. Było picie (nie w moim wykonaniu - ja ani kropli) i pewnie gdzieś tam się bili. Ale panowała taka radosna atmosfera, którą wspaniale się oddychało. Mnóstwo ludzi, którzy cię tolerowali bez względu na strój czy poglądy. Trudno mi to opisać. Wędrując wśród tłumu, czułam się jak wśród swoich. Ludzie na ulicy cię przytulali, przybijali piątki. Było pełno wariatów, którzy wymyślali przezabawne stroje i można sobie było robić z nimi zdjęcia. Nawet deszcz nie przeszkadzał w zabawie, wręcz przeciwnie, dostarczał nowej rozrywki. Koncerty były codziennie od 15 czasami nawet do 2. Zabawy dużo, pełno luzu. Można było zapomnieć o świecie, wojnach i wszystkich przykrych rzeczach. Na Wooodstocku wszyscy byliśmy wspólnotą, jednością. Przyjechaliśmy się bawić i bawiliśmy się. Zespoły, które widziały nasz zapał były wzruszone. Jeden prawie płakał na scenie. Ciągle domagaliśmy się bisów, pełni energii i chęci do zabawy. Każdy tańczył po swojemu i śmiech nie był szyderstwem. Dobrze nam było. Wszelkie niedogodności zbywaliśmy machnięciem ręki. Upał, deszcz, toi toi, wielkie kolejki i brak rzeczy których potrzebujemy. Mimo tych wad było wspaniale. I na pewno postaram się za rok też pojechać.
Byłam na prawie każdym koncercie w miarę możliwości, bo grali 3 równocześnie. Tańczyłam, śpiewałam, wydzierałam się, piszczałam, skakałam. Mimo złych chwil, jak prawie wgniecenie w barierki lub popychanie przez tłum, było świetnie. Chciałabym to powtórzyć. Już wiem, że będę stałą bywalczynią. I nawet z własnymi dziećmi będę przyjeżdżać (tam było sporo dzieci, jakby co, nawet 2 letnich). Ale jak będę z dziećmi to już na specjalnym polu namiotowym :).
Polecam Woodstock. To co złego pisali, to wielkie wyolbrzymienie. Ja byłam sama i nic mi się nie stało. Nawet ludzie się mną opiekowali. Woodstock to impreza dla każdego - dosłownie. Nie tylko młodzi i dzieci się bawili, ale także emeryci. Ludzie wszelkiej maści i narodowości. Jak wspomniałam wcześniej, byliśmy jednością. Czuło się oddech wszystkich ludzi i oddychało się tym samym powietrzem. Było genialnie i wspaniale. Naprawdę polecam.

poniedziałek, 14 maja 2012

Adorowanie spódniczki

Było takie pewne zdarzenie, które mnie natchnęło do tego posta. Otóż. Umówiłam się z koleżanką na 17.00. Tego dnia byłam w pracy, więc szybko wzięłam prysznic zaraz po przyjściu, przebrałam się i wyszłam. Ubrałam taką długą bluzkę, która miała przy końcu coś na wzór spódniczki. Nieraz się tak ubierałam. Pod spodem, żeby nie było, założyłam krótką spódniczkę mniej więcej dopasowaną kolorem do bluzki. Idąc przez 20 minut na miejsce spotkania zostałam zaczepiona 3 razy. Najpierw na osiedlu. Potem jakoś w drodze. A na koniec zatrąbił na mnie samochód z chłopakami. Zdziwiło mnie to zdarzenie. A zdziwiło mnie dlatego, że dla mnie to strój najnormalniejszy na świecie. Ja się tak ubieram, bo mi tak wygodnie. Siostra mi potem wyjaśniła, że w tym stroju wyglądam naprawdę seksownie... I kto by przypuszczał?
Ogólnie nie uważam się za jakąś rewelacyjną piękność. Raczej za taką przeciętniare. Kiedyś nosiłam głównie coś na wzór męskich ciuchów. Nie dlatego, żeby się upodobnić, ale dlatego że były wygodne. Uwielbiałam te ilość kieszeni :D. W okresie gimnazjum. Kiedy to mi jechali, a ja nie byłam do końca tego świadoma, odkryłam, że trzeba się pokazać. W liceum zaczęłam. Zastanowiłam się nad moimi atutami. Najpiękniejsze u mnie są nogi, ogólnie mam piękną figurę. Pamiętacie jak często rysują faceci pokazując kobietę? Taką jakby gruszkę. No więc mam taki łuk. Moje biodra są szerokie i tworzą łuk w stronę pasa. Idealna figura kobiety. Gorzej z górą. Czyli piersi i twarz. Nad tym mogłabym polenizować. Piersi mam małe. Małe i stojące.
Obejrzałam pewien program jak powinny ubierać się kobiety o danej figurze. Zaczęłam brać z tego przykład. Ale o mojej zmianie stylu zadecydowały spodnie. Za każdym razem było to samo. Nie mogłam do siebie dopasować. Albo za luźne w pasie, lub za ciasne w biodrach. Stwierdziłam wtedy, że jestem nieproporcjonalna. Odkryłam magię spódniczki. Od marca 2009 bodjaże, ani razu nie założyłam spodni. Ani razu. Noszę spódniczki, sukienki na okrągło. Nawet do pracy. Pokochałam ten styl. I jakoś mi się nie zmienił przez lata :). Ciągle podobnie się ubieram. Jedynie dokupuje nowe sukienki bądź spódniczki, ewentualnie te baaardzo długie bluzki :).
Od jakiegoś czasu pojawiła się moda na spódniczki. Kobiety zaczęły je nosić nagminnie. Wcale mi się to nie podobało, ponieważ nie znoszę być taka jak inne. Ale ja je noszę dla wygody, a co niektóre kobiety, że tak napiszę, noszą je na pokaz. Żeby pokazać nogi, tyłek i to czego widać nie powinno. Faceci już nie wiedzą w którą stronę patrzeć, bo wszędzie otaczają je spódniczki. Mnie to strasznie irytuje, bo niektóre to wręcz przesadzają. Podpatrują styl u kogoś i papugują, zapominając o tym, że nie każdy styl pasuje do każdego. Irytuje mnie także to, że kobiety są gotowe przymrozić sobie nerki, byleby tylko seksownie wyglądać.
Ja mam na to sposób, ponieważ przyzwyczaiłam mój organizm na to, że na nogach mam mniej niż na górze. Za to ubieram się cieplej na górze np. sweter albo coś w tym stylu.
Teraz gdzie tylko nie spojrzycie są spódniczki. Ale w sumie, jest lato, więc to zrozumiałe. Nie rozumiem tylko jak można nosić cienkie rajstopy zimą. To głupota. A niektóre noszą tak.
Często jak się przechadzam po mieście jestem zaczepiana przez facetów. Czasem mi się wydaje, że widzą głównie moje nogi. Na twarz nie zwracają uwagi. To po części jest pokrzepiające, a po części dołujące. Wolałabym, żeby zwracali uwagę na moją duszę, charakter itd. Nogi? Nogi są od chodzenia, biegania i skakania. Nie do zakochiwania się :/. Czemu nadal noszę spódniczki mimo, że mnie to irytuje? Bo kocham je nosić., bo to mój styl i nie zrezygnuję z tego. A to, że reszta także nosi, jakoś przeżyję.

ps. No i się wyżaliłam. Trochę mi na sercu leżało :)

wtorek, 8 maja 2012

Cisza

Nie było mnie długo w tym blogowym świecie. Jeśli ktoś się zastanawia co porabiałam i snuje jakieś przypuszczenia to już na stępie mogę powiedzieć, że pewnie się myli. Miałam całą listę rzeczy do zrobienia. Pełno planów jak spędzić ten długi weekend. Cały tydzień wolnego. Oczywiście ten kto zna moją osobowość już wie jak to się skończyło. A mianowicie lenistwem. Tak moi kochani leniuchowałam. I to potężnie leniuchowałam. Tak leniuchowałam, że nawet mi się nie chciało wchodzić w blogowy świat. Dnie spędzałam na rozmowach z siostrą i innymi osobami. Nie miałam natchnienia na wkraczanie w świat blogosfery. Choć miałam na to mnóstwo czasu. Dobra strona leniuchowania, to to, że odstresowałam siostrę przed maturami :). I koniec dobrych stron :D

Cisza. Zastanawialiście się nad nią. Ja wpadłam na to dzisiaj siedząc obok pewnej koleżanki z pracy. Zorientowałam się, że cisza ma wiele charakterów. Opiszę wam dzisiejszą ciszę. Siedziałam obok koleżanki, a ponieważ nie miałyśmy o czym gadać, bo się nie znamy, siedziałyśmy w ciszy. Czułam ją napierającą na mnie. Ten tworzący mur między nami. Zdegustowanie i żal. Cisza tym brzmiała. Ciskała we mnie negatywnymi emocjami. Napierała na mnie, żeby mnie usunąć z pola widzenia. Zaczynałam się czuć nieswojo. Mój organizm chciał uciec. Ja twardo stałam przy swoim. Ale robiło mi się żal. To uczucie kiedy wtargniesz na czyjąś strefę. Takie właśnie to uczucie było. Pełne odpychania. Pole negatywnego działania. Trwało to tylko 15 minut, ale już więcej przy tej koleżance nie usiądę.
Innym razem cisza jest inspirująca. Kiedy leżysz sobie na trawie i patrzysz się w niebo. Myśli krążą sobie leniwie. Potrafią zajść w nieprawdopodobne miejsca. Chodzą, biegają, śpią. Niekiedy zachodzą tak daleko, aż nagle odkrywamy rzecz nową, która z nami była ale nie zwracaliśmy na to uwagi.
Cisza może być także głośna. Kiedy to siedząc samotnie czujesz te samotność wokół. Nawet przy włączeniu muzyki słyszysz te cisze. Ona o sobie opowiada i próbuje cię przeciągnąć na swoją stronę.
Cisza nie musi być zewnętrzna. Może być i też wewnętrzna. Kiedy czujemy się opuszczeniu bądź samotni.
Cisza jest z nami na co dzień. Lecz często ją ignorujemy bądź próbujemy zagłuszyć te cisze. Ale cisza często o sobie przypomina. Wyciąga macki, żeby zaciągnąć nas w swoje objęcia. Cisza lubi wchodzić ci w życie niespodziewanie. Nawet nie zapuka. Wedrze się do twojego umysłu i zacznie wszystko przestawiać, co do tej pory było poukładane.
Często mam taką ciszę w pracy. Kiedy wyłączam się i jestem sama ze swoimi myślami. Czasem moje myśli mają filozoficzne znaczenie, a czasem są po prostu tak głupie, że lepiej o nich nie wspominać. Cisza jest we mnie bardzo głośna. Wygodnie jej tam. Zadomowiła się w moich dziecięcych latach. Jakoś nie mam serca jej stamtąd wyganiać. Lubię moją ciszę. Choć czasem mi doskwiera.
Cisza u niektórych ludzi jest budująca wręcz. Ja na przykład potrafię milczeć przy mym przyjacielu i wcale nie jest mi z tym źle. Bo oprócz słów istnieją gesty. Gesty, które także mówią. Słyszysz słowa, nie słysząc ich. Rozumiesz co ci druga osoba przekazuje. I jest w tym magia ciszy. Cisza ci towarzyszy i jest z tobą :)
Cisza buduje nasze codzienne życie razem z innymi czynnikami.
Nie wypisałam każdego rodzaju, bo bym się jeszcze zagmatwała :D. A jaką wy macie ciszę?

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Witrual w rzeczywistość

Samotna podróż nie jest bezpieczna. Podobno powinno się z kimś podróżować, żeby było bezpieczniej. Niby w grupie siła. Jednak podróżując z kimś tak naprawdę się nie podróżuje. Nie skupia się na samej podróży, tylko na tej drugiej osobie. Cisza jest zakłócona przez znajomą osobę. Nie poznaje się aż tak nowych osób, bo spędza się czas z tą znajomą. Po co poznawać nowe. Magia podróżowania polega na tym, że poznaje się nowe osoby, wymienia się z nimi poglądy i podziwia się wszystko co tylko się da. Nie ważne jak długa ma być podróż. W miniony weekend wybrałam się na bardzo długą podróż. Mianowicie jazdę pociągiem z Poznania do Krakowa. Całe bite 9 godzin. Pojechałam tam z zamiarem odwiedzenia wirtualnej koleżanki. Chciałam ją poznać w realu, a ponieważ mogłam sobie pozwolić na taki wydatek to pojechałam.
Najgorsze w podróży jest oczekiwanie. Oczekiwanie na pociąg lub autobus. Choć opanowałam sztukę wychodzenia z własnego ciała i patrzenie się na wszystko z boku, to jednak i tak przeszkadzało mi to czekanie. Szczególnie, że nie mogłam się doczekać.
Zawsze chciałam odwiedzić Kraków. Dla mnie to miasto w nazwie oznaczało tajemnicę i wielką historię. To było miejsce do którego każdy powinien wstąpić. Odwiedziny koleżanki był jednym z powodów mojego przyjazdu do Krakowa. Kraków mnie do siebie przyciągał słowami.
Zdziwiła mnie ilość ludzi w pociągu. Kiedy wsiadłam o godz. 1.38, nie było już miejsca. Musiałam stać między przedziałami. Potem już siedziałam na korytarzyku :). Kraków mnie zadziwił. Spodziewałam się, w sumie nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego co zastałam. A zastałam znajome miejsce. Nigdy nie byłam w Krakowie, a świetnie się w nim czułam. Tak jakby to było moje miasto tylko jeszcze nie poznane. Samotne dotarcie do domu koleżanki utwierdziło mnie w tym przekonaniu. To było niesamowite. To ciepło, serdeczność, przyjemna atmosfera miasta. Ta przyjazność. Kraków przyjął mnie z otwartymi ramionami, a ja z chęcią weszłam w jego objęcia. Chyba o taką magie mi chodziło. Mogłabym zrobić Kraków moim drugim miastem. Świetnie mi się po nim poruszało. Moje stopy świetnie znały podłoże po którym stąpały. Czułam się jakbym wróciła. Wróciła z dalekiej podróży. Do domu, który za mną tęsknił. Kraków mnie urzekł do głębi. Serce urosło parokrotnie patrząc na budowle i ludzi. Wszystko takie znajome :)
Pierwszy raz widziałam koleżankę wirtualną, która w momencie spotkania stała się koleżanką realną, rzeczywistą. Jakie wrażenia? Nie do opisania. Czułam się świetnie. Przed nią otworzyłam się jak przed żadnym z moich znajomych. A znałam ją tylko wirtualnie. Jednak mój organizm zaufał jej od pierwszego wejrzenia. Zacisnęłam więzi, które oplotły nas grubymi nićmi. Teraz jest w moim sercu razem z Krakowem. Z miastem smoków, które tak kocham. Miejsce do którego będę często wracać. Mimo, że nie zwiedziłam zbyt wiele, a chciałam tak dużo zobaczyć. Miło spędziłam czas z koleżanką i ona pokazała mi serce Krakowa. A od serca się zaczyna. Bo nie wygląd się liczy, lecz wnętrze. I tak samo jest w przypadku miasta. Wrócę do Krakowa w niedługim czasie. Bo już tęsknię. Chcę poznać moje drugie miasto, które utknęło w mym sercu. Chce być i żyć choć przez kilka chwil w jego oddechu. Chcę oddychać tamtejszym powietrzem i być mieszkanką sercem :)

czwartek, 5 kwietnia 2012

Cieniowy szajs

Do trzech razy w roku farbuję sobie włosy. Nie tak, że zupełnie zmieniam kolor. Co to, to nie. Jedynie rozjaśniam. Moim naturalnym kolorem jest ciemny blond. Dziwnie wyglądam jak mam ciemne włosy, dlatego też rozjaśniam ciemnotę. Szkoda tylko, że dotyczy to tylko włosów, a nie umysłu :). Przerabiam moje ciemnotki na jasny blond. Na ogół wychodzą mi trochę jaśniejsze. To trochę daje mi sporo, bo przy każdym rozjaśnieniu moja twarz ładniej się prezentuje.
Wczoraj musiałam sama poradzić sobie z farbowaniem włosów. Zawsze farbowała mi mama ( nigdy nie byłam u fryzjera farbować, szkoda mi było kasy :) ), ale wczoraj konkretnie nie mogła. Jest u nas taka sytuacja... cóż nie dziwię się, że jest jak jest. Mama po prostu nie miała czasu. A ja musiałam przefarbować te włosy, bo zaczęły się robić paskudne :). Tak więc wzięłam farbę i przed lustrem sobie farbowałam. Robiłam to ok. godz. 22, dlatego też efekty zobaczyłam rano.
Rano... Koleżanki w pracy powiedziały mi, że mam kolor lekko rudawy. Taki minimalny odcień. Przez cały czas się zastanawiałam jakim cudem z blondu mógł wyjść rudy? Chciałam czysto blond, a wyszedł blond z rudawym odcieniem. I to nie koniec wpadki. Okazało się jeszcze, że cały tył głowy mam źle farbnięty i widać ewidentnie, że jest do bani. Heh. A nie mogę na razie farbować, bo moje włosy nie tolerują częstego stosowania farby. Zmuszona jestem do noszenia tego odceniowatego chłamu dopóki nie minie wystarczająca ilość czasu, żebym mogła ponownie zmienić ubarwienie :). Tym razem już nie robię sama. Wolę poczekać na pomoc. Może nawet sąsiadki! Samej już nie mam zamiaru farbować.
Morał tej bajki jest taki, że nie wszystkie rzeczy należy robić samemu :)

czwartek, 29 marca 2012

Zabójca umysłu

Praca na produkcji ma swoje wady i zalety. Kto pracował ten wie. Ważną zaletą jest to, że to praca typowo fizyczna. Nie trzeba wysilać umysłu i skupia się tylko na czynnościach. W mojej pracy lubię to, że dużo się dowiaduję. Przede wszystkim jak to jest zrobione. Uczę się także tworzenia iluzji. Czyli jak pokazać, że robię dużo robiąc mało. Opanowałam te sztukę do perfekcji. I stosuję zasadę: pracować szybko tylko wtedy kiedy ktoś patrzy. Może i wydawać się to trochę dziwne, ale tak większość tam postępuje. Nie będę opisywać jak jesteśmy tam traktowani, bo nie widzę w tym sensu. Nauczyłam się sporo. Ja w sumie zewsząd potrafię wyciągnąć odpowiednie wnioski. Na pewno zastosuję je w życiu. Nadal tam pracuję i nie zrezygnuję z tej pracy, ponieważ ciężko jest z robotą. Chyba, że na inną produkcję. Za co serdecznie podziękuję.
Wadą pracy na produkcji jest to, że jest pracą fizyczną, a nie umysłową. Powtarzam się :D. Ale to spora wada. Podczas pracy często się wyłączam i to źle wpływa na mój umysł. Nie rozmyślam, nie mam refleksji. Wyłączam mózg, pracuje tylko ciało. Umysł śpi i budzi się jedynie na przerwie lub po skończonej pracy. Często na siłę próbuję pobudzić myśli, co czasem mi wychodzi. Lecz to działa szkodliwie.
Biedny mój umysł, a szczególnie wyobraźnia. Ostatnio strasznie ją zaniedbałam. Trzeba by znaleźć pracę bardziej umysłową. Albo pracę gdzie będę mogła sobie usiąść i w spokoju dać ponieść się myślom :)