Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Problemy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Problemy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 sierpnia 2012

Dziwna rozmowa

Normalnie staram się nie pisać o problemach, bo to głupie, choć widzę, że coraz częściej na blogu przenoszę moje sprawy codzienne. Zwierzanie się czytelnikom, zupełnie obcym lub trochę znanym jest lepsze, bo właściwie nie znają mojej sytuacji i mogą spojrzeć na to z boku. Poczęstuję was moim wczorajszym dialogiem z matką i lekkim opisem wyjaśniającym. Napiszcie mi co o tym sądzicie, bo ja już sama nie wiem.

Matka weszła do pokoju i stanęła przy drzwiach. Siostra już była i stała przy krzesełku, miała usiąść, ale wejście matki jakoś ją powstrzymało. Ja siedziałam przed komputerem, akurat grałam i gadałam jednocześnie. Lubię grać ze znajomymi.
Matka spojrzała na mnie i powiedziała:
- Dlaczego wy się tak na mnie mścicie. A szczególnie ty się mścisz - spojrzała w moją stronę.
- Niby jak się mszczę?
Matka spojrzała na mnie jak na idiotkę. Miała taki wyraz, jakby za chwilę chciała mi coś zrobić. Kręciła głową jakby z niedowierzeniem.
- Myślałam, że jesteś inteligentniejsza....
- No niby jak ja się na mamie mszczę? No jak? - byłam zirytowana - no chyba, że nie odzywaniem się.
   Ogólnie nic mamie nie robiłam. Spokojnie byłam w pokoju, nie wchodziłam w drogę. Sprzątałam, gotowałam itp. Zachowywałam się normalnie i naprawdę w tym momencie nie wiedziałam o co matce chodzi.
- Zabierasz siostrę. Brat nie zda szkoły, bo bez siostry on nie ma życia. A ona nie będzie na studiach. Tata już jest wkurzony, że ona nie idzie na dzienne. Wszystko to się na mnie odbija. Czy ty w ogóle o mnie pomyślałaś?
W mojej głowie powstał wielki znak zapytania. Wielki przez duże W. Przez kilka sekund trawiłam te informację, patrząc na matkę nie rozumiejąc o co jej dokładnie chodzi.
W tej wypowiedzi jeszcze wspomniała, że siostra nie idzie na żadne studia.
- przecież idzie, tylko, że na zaoczne - odpowiedziałam.
Mama otworzyła drzwi, spojrzała w moją stronę, wskazała na skórę pod okiem i oznajmiła:
- tu mi jedzie.

Teraz wyjaśniam. Siostra chciała na dzienne, ale po pewnej sytuacji i różnych innych sprawach zmieniła zdanie i zdecydowała się na zaoczne. Rodzina nie była z tego zadowolona, wręcz na nią naskakiwali. Ja dla świętego spokoju pewnie bym się poddała i poszła na dzienne. Ale moja siostra jest nie ugięta. Wszystko jak widać zwróciło się przeciwko mnie - z czego jestem po części zadowolona, bo będą atakować mnie a nie siostrę. Ja jestem bardziej wytrzymała na takie ataki. Siostra ledwo wytrzymywała to psychicznie.
Brat jest bardzo zżyty z siostrą. Tak jak ja. I pewnie dlatego taka wypowiedź. My z siostrą mieliśmy w planach wyprowadzić się, żeby uciec od tych ataków. Tylko ja i siostra. Brat by został.

Wiem, że ten post jest bardzo osobisty i takich rzeczy się nie pisze. Nie powinnam tego pisać, ale już nie wiem co o tym sądzić. Naprawdę jestem aż taka zła?

czwartek, 28 czerwca 2012

Ostatni szczęśliwy dzień z ojcem i plan zemsty.


Długo mnie nie było, ale nie dlatego, że nie miałam czasu. Nie było mnie, bo nie miałam ochoty wchodzić na blogosfere. Zamknęłam się we własnym świecie. Swoje myśli i smutki zostawiłam sobie. Ale teraz chce się z wami podzielić tym co się wydarzyło, ponieważ prawdopodobnie to odciśnie się na mojej przyszłości.
Jakieś dwa tygodnie temu albo dalej w mym mieście był mecz Chorwacja-Irlandia. Nie interesuje się meczami. Całe to EURO traktuje jak nieważny element mojego życia. Nie obejrzałam ani jednego meczu. Możecie mi uwierzyć :). Ten mecz był w niedziele. Ojciec chciał zobaczyć strefę kibica przed meczem oczywiście. Przyszedł do mojego pokoju i się spytał czy ktoś z nim jedzie. Ja mam to w zwyczaju, że jeśli ktoś wyciąga do mnie rękę staram się ją chwycić. Siostra nie była skora, ale ja chciałam spędzić czas z ojcem. Pojechaliśmy we trzech. Ja, tata i mały braciszek (ten 18-letni). Wyjechaliśmy rano tak ok. 10 – 11. Zaparkowaliśmy dosyć daleko, bo bliżej mogło już nie być miejsca. Kierowaliśmy się na plac wolności, tam była jedna ze stref kibica. Po drodze mijaliśmy Stary Rynek. Było pełno kibiców Chorwacji i trochę Irlandii. Pełno ludzi. Dawno nie widziałam takich tłumów. Przechodząc przez Rynek czuło się niesamowitą atmosferę. Radość, śmiech i szczęście. Ludzie, których kompletnie nie znałam wywoływali uśmiech na twarzy. To było piękne. Strefy kibica nie zobaczyliśmy z bliska, ponieważ otwierali ją od 13. Niestety. Tata był zawiedziony, bo chciał przejść się po tej strefie. Ja zerknęłam przez kraty, którymi ta strefa była otoczona. Niezbyt mnie to zachwyciło, spodziewałam się czegoś lepszego. Z bratem uznaliśmy, że możemy wracać do domu, w końcu cel został osiągnięty, zobaczyliśmy strefę kibica. Jednak tata miał inne plany, postanowił pospacerować sobie wokół rynku. A na Rynku było coraz więcej ludzi. Obeszliśmy Ratusz, minęliśmy pręgierz i zobaczyliśmy kibiców Chorwacji wspinających się na fontannę. Założyli flagę na fontannie, z samochodu, który wjechał puścili muzykę. Pełno Chorwatów śpiewało wspólnie. A ja ze wzruszeniem patrzyłam na wspaniałych kibiców. A potem rozłożyli ogromną flagę. Wszyscy jej złapali, śpiewali piosenki, aż chciało się samemu przyłączyć. Tak żałowałam, że słów nie znałam. To było magiczne. Czułam się wspaniale i chciałam te chwilę zachować wiecznie. Te uczucie szczęścia. Radość mnie rozpierała. Nawet Polacy się przyłączyli.
Wieczorem zaś tego samego dnia był koncert Wilków, których uwielbiam słuchać. Znaczy się piosenek z ich pierwszej płyty, bo reszty nie znam. Przez Stary Rynek ledwo dało się przecisnąć. Pełno Irlandczyków i Chorwatów. Śpiewy i wesoły nastrój. Lało się piwo. Chorwaci śpiewali, Irlandczycy śpiewali. Wszyscy śpiewali :D. Tego po prostu nie da się opisać ;). Trzeba było tam być.
Tak to był piękny dzień. A teraz o tym złym dniu wspomnę.

Zostałam zaproszona na imieniny koleżanki siostry. Rodzice tego samego dnia jechali na poprawiny do kolegi, a brat na jakąśtamzkolei imprezę. Tak oto stałam się kierowcą rodziców, ponieważ mój brat nie mógł prowadzić. Zawiozłam ich na imprezę, totalnie spóźniona na swoją własną. Byłam zirytowana ich postępowaniem. Spóźniłam się na imprezę 2 godziny. Dobrze się bawiłam. Przywiozłam swoje gry (planszowe, opisze je kiedy indziej) i zabawa była przednia. Kupa śmiechu i żartów. Tak jak to powinno być na imprezach. Ok. 22 poszliśmy odprowadzić koleżankę na przystanek. Reszta chciała zostać na noc, łącznie ze mną. Na przystanku, kiedy żegnałyśmy koleżankę zadzwonili rodzice, żeby po nich przyjechać za kilka minut. Dla mnie to było nierealne do zrobienia, ponieważ: nie byłam blisko samochodu musiałam najpierw dojść, nie mogłam tak po prostu sobie pójść mówiąc tylko cześć, droga z tej imprezy na poprawiny zajmowała min 30 min. Nie wiem co sobie rodzice myśleli, ale ruszyłam dopiero po 30 min od telefonu. I tak w sumie wywiązała się nie miła sytuacja. Wracała z nami koleżanka. Oczywiście moim zwyczajem pobłądziliśmy, to norma. Jak przyjechałam prawie wszyscy byli pijani. Zapaliła mi się czerwona lampka, ale zignorowałam ją. Z przodu siedziały dziewczyny (moja siostra i koleżanka). Reszta z tył. Ruszyliśmy. Gdybym jechała tą trasą, którą przyjechałam być może do niczego by nie doszło i szczęśliwie dojechaliśmy by do domu. Dojechaliśmy, ale już nie tak szczęśliwie.
W pewnym momencie kazali mi skręcić. I powiedzieli to tuż przed zakrętem. Żeby skręcić musiałabym ostro hamować, a za mną jechały samochody. Pojechałam prosto. Już zaczęły się pretensje. Potem znowu nie skręciłam, ale nie widziałam skrętu. Ojciec był wściekły i coś tam gadał. Ja miałam stalowe nerwy, więc prowadziłam dalej, od czasu do czasu odpyskowując. Było ciemno. Potem już jechałam 50 km na godzinę, tak na wszelki wypadek, gdyby znowu przypomniało im się o zakręcie. Odwiozłam kolegę taty pod dom prawie. Kolega dał mi wskazówki jak jechać dalej, ale oczywiście ojciec chciał inaczej. Nawigacja ojca doprowadziła nas w jakieś miejsce gdzie nie było znaków i w ogóle nie wiadomo gdzie to było. Po drodze ojciec wrzeszcząc chciał wyjść i takie tam. Gorzej niż dziecko. W końcu zdenerwowałam się i nakazałam dziewczynom mnie prowadzić, bo ojcu już nie ufałam. Udało nam się powrócić na jaką tam trasę. Tata był spokojniejszy, spokojniejszy, ale nie spokojny. Odwiozłam go pod dom i bez słowa weszliśmy do swoich pokoi. Wtedy jeszcze panowałam nad sobą. Wróciłam do domu ok. 2 rano. Błądziliśmy ok. 2 godz.
Tego samego dnia znowu miałam być kierowcą. Odmówiłam, jednak kiedy spojrzałam na mamę zgodziłam się. Dla mamy zrobię wszystko, a jej zależało, żeby odwiedzić babcię. Ja wiedziałam, że to się źle skończy. No i miałam rację. Kazali mi jechać 160 km po wcześniejszym błądzeniu. Byłam zmęczona, wiedziałam, no po prostu wiedziałam, że będę źle prowadzić. Prawo jazdy mam od roku, nie wytrzymuję tak długich tras po długiej trasie. Już miałam przejechane 200 km. I miałam przejechać kolejne tyle. Ale zgodziłam się… Przez pierwszą godzinę było ok. Potem zaczęły się schody. Ojciec coś krzyczał, samochód wolno startował. Z każdym krzykiem prowadziłam coraz gorzej. Moja cierpliwość i opanowanie zaczynały pękać. Trzymałam się jeszcze. Kiedy byliśmy blisko. Jakieś 30 min drogi do końca.. zaczęło się piekło. Już nie widziałam dobrze, bolały mnie oczy, dlatego zwolniłam do 50km/h. Już słyszałam krzyk ojca żeby przyspieszyć, lecz ja nie miałam zamiaru jechać szybko, ledwo widziałam. Oczy mnie bolały. A potem pękło moje opanowanie. Poleciały łzy i nie mogłam się uspokoić. Powinnam się zatrzymać, ale wiedziałam że jak wysiądę z samochodu, nie wsiądę do niego powrotem. Prowadziłam wolno, łzy spływały mi po twarzy. Ledwo widziałam drogę. Ojciec w pewnym momencie zirytowany moją jazdą chciał wysiąść, a ja jechałam dalej, gdyby wyskoczył, nie zatrzymałabym się. Dojechałam na miejsce. Wszyscy wyszli oprócz mnie. Ja rozpłakałam się na dobre. Nie płaczę, rzadko kiedy mi się to zdarza. Łzy zostawiam dzieciom. Ja miałam być silna i miałam być wsparciem dla rodziny. Mój własny ojciec doprowadził mnie do płaczu… mnie, która miała za nic słowa obelg, którą ciężko było doprowadzić do płaczu…
Nie wiem czy ktoś pamięta, ale pisałam, ze nie potrafię wybaczać. I tak samo jest w tym przypadku. Ja nie wybaczę tego czynu. Zapamiętam i będę się mścić. Należę do osób bardzo mściwych. Zemsta nie popłaca…ale w tym przypadku popłaci. Moją zemstą jest to, że już nie będę kierowcą, że ojciec, nie będzie mógł pić i to ja będę piła. A ponieważ ja się nie upijam, wyjdzie to na dobre dla naszej rodziny. Ale postaram się już nigdy więcej nie być kierowcą mojego ojca. Dla mnie stał się człowiekiem, który tylko daje mi pieniądze, kiedy mam kiepską sytuację, ale to i tak za namową mamy. Ja skreślam go z mojego życia osobistego, wymazuje wszelkie emocje, te negatywne i te pozytywne. Pozostawię obojętność. A za rok wyprowadzam się i postaram już nie wchodzić mu w drogę. Może i zachowanie dzieciaka, ale tak naprawdę … mój ojciec nie potrafi kochać. Okłamywałam się, że to nieprawda. Jak się wyprowadzę to w końcu spełnię oczekiwanie mojego ojca. On już nie chce mnie w swoim domu. Wiele razy mi to wypomniał, że już powinnam być mężatką i mieć dzieci. Ale on mnie nie zobaczy na ślubnym kobiercu.
I tyle się u mnie działo. Były pomniejsze zdarzenia, o których teraz nie wspomnę. To wydarzenie odcisnęło się na mojej psychice i pogłębiło mój stan zamkniętego umysłu. Ale powracam na blogosferę, bo tęskniłam za wami. Pozdrawiam :)

niedziela, 27 maja 2012

Nowy ból

Pisze do was leżąc na łóżku w pozycji niezbyt wygodnej do pisania. Nie zmienię pozycji, ponieważ boję się powrotu tego strasznego bólu. Wiem, że inni mają na co dzień do czynienia z ogromnym bólem i nie powinnam narzekać. Ale pod względem bólu jestem całkiem bezsilna. Boję się strasznie, ponieważ jestem sama w  domu i nie mogę od nikogo oczekiwać pomocy. Na razie się uspokoiło, ale ostatnie 3 godziny zalicze do koszmarów życia.
Wcześniej ból rodzaju podobnego zaskoczył mnie w drodze do pracy. Nawet chyba opisałam to na moim onetowkim blogu. Linka dla osób chcących poznać te relacje prześlę jutro. Dziś prawdopodobnie czeka mnie szpital. Krótko wspominając tamten ból... był to mój pierwszy ból o tak niewyobrażalnej sile (jak dla mnie). Osoba, która pierwszy raz z czymś podobnym się spotyka, przeżywa to jeszcze bardziej niż jest stan faktyczny. Pamiętam, że wraz z bólem były ataki gorąca. Taaak. To mój organizm próbujący walczyć z bólem. Każdy wie jak to jest z bólem, więc nie będę tłumaczyć. Były to wtedy bóle miesiączkowe. Nigdy wcześniej takich nie miałam, dlatego to naturalne, że nie byłam przygotowana. Skończyło się to wezwaniem karetki przez kierowcę autobusu. Nie pojechałam do szpitala i wyobraźcie sobie, że po tym całym zajściu poszłam do pracy.
Dzisiejszy ból zaskoczył mnie jeszcze bardziej. Tak jak w przypadku tamtego bólu miałam lekkie ostrzeżenie, które teraz przestrzegam, żeby nie było powtórki, tak przy tym bólu to była cisza przed burzą. Wstałam normalnie, dosyć wcześnie, ponieważ miałam iść na wykłady. Zaczęło się od utknięcia w miejscu, gdzie król chodzi piechotą. Z początku myślałam, że po prostu to zwykłe rozwolnienie. Nie jem regularnie i ostatnio jem dosyć mało, więc takie problemy traktuje jako normalne. Kiedy usiadłam przed komputerem, jak za sprawą jakiejś strzały przyszedł ból. Kolejny pierwszy raz, bo nie należał do bólu miesiączkowego. Czułam się jak po wystrzale z broni. Choć pewnie wtedy jeszcze bardziej by mnie bolało. Ale to wrażenie nagłości. Zgięłam się w pół i póki miałam siłę poszłam po tabletkę przeciwbólową. Ten ból ukierunkowany był w okolicy prawej, dolnej partii pleców. Położyłam się i błagałam powietrze o szybsze działanie tabletki.Przybyły ataki gorąca. Mój organizm próbował walczyć. Ja tymczasem zwijałam się z bólu, jęcząc, jakby to miało mi w czymś pomóc. Kiedy znalazłam minimalną siłę w tym chaosie bólu, wysłałam sms do koleżanki, żeby powiedziała profesorowi, iż mnie nie będzie i kiedy mam oddać pracę w takim razie. Jeszcze napisałam, że postaram się przyjść na ćwiczenia (tego złudzenia pozbyłam się tak ok. 7.45). Choć moim pierwszym sms był ten do mamy. Napisałam w nim krótko: umieram bolu. Przy pozbyciu się złudzenia szybkiego pokonania bólu był kolejny sms do mamy: pomocy. Czemu wysyłałam sms zamiast dzwonić po karetkę? Mama dzwoniąc do mnie po tym sms ledwo mnie rozumiała. Ja płakałam z bólu. Odzywanie się przysparzało mi większego bólu, dlatego nie dzwoniłam. Teraz jest spokojnie, bo leżę w jednej pozycji i nawet nie śmiem się ruszyć. Czuję jak się czai żeby znowu zaatakować. Rodzice stwierdzili, że wrócą szybciej. Będą za jakieś 3 godziny. Ściągnęłam ich z odwiedzić u rodziny. Czyli jakiś 260 km ode mnie. Z tym także czuję się fatalnie ponieważ nie poradziłam sobie sama. Zachowałam się jak dziecko, które bez rodziców sobie nie poradzi. Powinnam wykrzesać więcej sił i zadzwonić na pogotowie. Ale nie.... Ja musiałam pisać do mamy. I tak oto w wspaniały sposób zniszczyłam obchodzenie święta dnia matki ;/. Normalnie godne pożałowania. Śmiało możecie napisać jaka to jestem dziecinna itd. ze wszystkim się zgodzę.


EDYCJA:
Już jest okej. Okazało się, że to nerki. Jest to u mnie schorzenie dziedziczne, więc to normalne. Ale zaskoczona byłam totalnie. Byłam u lekarza, mam leki. Co prawda będę stosować połowę dawki, bo podwójna to dla mnie za dużo. To się nazywa przeleczenie. A tego wolałabym uniknąć. Posta zostawiam :)

EDYCJA EDYCJI:
Okazało się, że  to kamienie na nerkach. Jest to u mnie rodzinne jak wcześniej napisałam. Ataki bólu trwały przez 3 dni. Wylądowałam na pogotowiu ratunkowym, gdzie odniosłam negatywne wrażenie. Na szczęście dostałam tam silny lek przeciwbólowy, który łagodzi te ataki bólu. To znaczy, że nie boli mnie aż tak. Nic mi nie dali na usunięcie kamienia. Ja sama próbuję załatwić wizyte u Urologa. Dziś będę się umawiać. Teraz sie czuję o wiele lepiej niż w poprzednich dniach, ale nadal choruję. Ale nie martwcie się. Mój organizm jest silny i wiem, że podoła i temu :).